CIĘŻKA SYTUACJA

Napisał Radek @ 31 grudnia 2015

Opadły emocje po ceremonii losowania grup Mistrzostw Europy Francja 2016. Świat piłki nożnej wrócił do normalności. Kibice przygotowują się do nocy sylwestrowej, żyją jednocześnie wspomnieniami świątecznej atmosfery. W gazetach oraz portalach internetowych zapadła cisza, próżno szukać artykułów i wypowiedzi ekspertów na temat przyszłorocznego Euro. Wszyscy skupiają się na teraźniejszość, na wydarzeniach które przynoszą w danej chwili emocje. Jest to zrozumiałe, ponieważ od paryskiej ceremonii minęło dziewiętnaście dni.

Jednak patrząc na poruszenie w  Biało-Czerwonym narodzie jakie było po losowaniu, ciężko nie myśleć codziennie o turnieju we Francji. Jestem przekonany, że każdemu kibicowi z tyłu głowy siedzi myśl o francuskiej imprezie, układamy sobie scenariusz przyszłorocznego Euro. Wszyscy życzyli sobie przy noworocznym stole oraz będą przy okazji noworocznych życzeń co najmniej ćwierćfinału polskiej kadry.

źródło: sport.pl


Tuż po zakończeniu losowania, w państwie znad Wisły zapanowała euforia. Większość fanów nie wyobraża sobie fazy pucharowej bez Biało-Czerwonych. Analizując wypowiedzi ekspertów oraz dziennikarzy, nasuwa się tylko jeden wniosek - awans do 1/8 na przyszłorocznych Mistrzostwach Europy jest oczywisty. Można było usłyszeć oraz przeczytać jaka to będzie wspaniała impreza dla kadry Adama Nawałki.

źródło: sport.pl

Spoglądając na komentarze po losowaniu można być pewnym, że Polacy to naród wielkich optymistów. Potwierdzeniem tego jest reakcja na przeciwników z jakimi Biało-Czerwoni zmierzą się w fazie grupowej przyszłorocznej imprezy. No przecież Ukrainę i Irlandię Północną pokonamy, gdyż mamy lepszych piłkarzy, a z Niemcami już wygraliśmy i na Euro możemy ponownie zabrać im punkty.

Mało kto jest w stanie spojrzeć trzeźwo na grupę C. Chwila zastanowienia oraz głębsza analiza wystarczy, żeby zacząć nazywać polską grupę mega ciężką. Pewnie niektórzy się zdziwią, że tak właśnie myślę, ale rzeczywistość pokazuje, że czekają Biało-Czerwonych trzy ciężkie wojny.

Na euforii zwycięstwa z Niemcami oraz bardzo dobrych eliminacji z każdej strony słychać, że mamy drużynę złożoną ze świetnych piłkarzy. Zagłębiając się w szczegóły, tylko trzech (Robert Lewandowski, Łukasz Piszczek, Grzegorz Krychowiak) rywalizuje w Lidze Mistrzów na najwyższym poziomie. Pozostali aspirują do tego grona. Z kolei Ukraina czy Niemcy mają piłkarzy regularnie występujących na salonach europejskiej piłki. Nasi wschodni sąsiedzi co rok mogą się poszczycić drużynami w Lidze Mistrzów oraz ekipami które występują w finale Ligi Europy.

Ok, Biało-Czerwoni posiadają indywidualności, które przewyższają umiejętnościami piłkarzy ukraińskich czy niemieckich, ale są to jednostki. Niestety jeśli chodzi o doświadczenie na najwyższym poziomie zarówno podstawowej jedenastki jak i całej kadry to musimy uznać wyższość Mistrzów Świata oraz naszych wschodnich sąsiadów. Również zgranie podstawowego zespołu to atut naszych grupowych przeciwników, a w kadrze Adama Nawałki to wielka niewiadoma.

Pocieszający dla polskich kibiców jest terminarz spotkań oraz możliwość wyjścia z trzeciego miejsca w grupie. Pierwszy mecz z najsłabszą w grupie Irlandią Północną będzie (musi być) przepustką do dalszej gry. Brak trzech punktów na koncie po pierwszym spotkaniu spowoduje pakowanie bagaży i skrócenie pobytu we Francji. Oczywiście, będzie to bardzo ciężki bój, ale jeżeli piłkarze chcą być szanowani to zwycięstwem muszą zainaugurować francuski turniej.

źródło: polsatsport.pl

Ciężko o optymizm przed przyszłorocznym Euro. Jedynym pocieszeniem są grający regularnie w swoich klubach podstawowi piłkarze, co jest przede wszystkim nadzieją na awans z grupy. Innych pozytywów ciężko szukać. 

Przyszłoroczne Mistrzostwa Europy to idealny moment na pokazanie się niewidocznych na najwyższym poziomie polskich piłkarzy. Również udowodnienie, że polski futbol i Ekstraklasa idzie do przodu i spokojnie możemy rywalizować na największych imprezach.

Pomimo zagrożeń jakie przedstawia kartka papieru, ja również jestem optymistą i znajduję się w grupie kibiców, którzy twierdzą, że Euro we Francji będzie wielką imprezą dla Biało-Czerwonych, na której osiągną wielki sukces. Osobiście twierdzę, że polska reprezentacja dotrze do półfinału...

NIEZROZUMIAŁA NADZIEJA...

Napisał Radek @ 2 grudnia 2015

Małymi krokami zbliżamy się do sylwestra. Wraz z końcem roku zaczynają się podsumowania ostatnich dwunastu miesięcy. Każdy z kibiców zadaje sobie pytanie, czy polski futbol zrobił krok do przodu czy może progresu brak. Niestety patrząc na poziom Ekstraklasy oraz polskich klubów w europejskich pucharach, a przede wszystkim na zarządzanie polską ligą oraz klubami, odpowiedź sama się nasuwa - nie opuszczamy dna! Owszem, zdarzają się radosne chwile, ale to jednoznaczne wybryki, które z planowanie nie mają nic wspólnego.

Na szczęście w ostatnich miesiącach radości kibicom znad Wisły przysparza reprezentacja Polski. Nikt się nie obrazi, jak napiszę, że najbardziej wiodącymi postaciami obecnej kadry są Kamil Glik, Grzegorz Krychowiak oraz Robert Lewandowski. Cała trójka również w swoich klubach ogrywa ważną rolę.

Najbardziej rozpoznawalnym polskim piłkarzem ostatniego roku jest bez wątpienia kapitan reprezentacji Polski. Początek obecnego sezonu miał fenomenalny, zarówno w klubie jak i reprezentacji strzelał gola za golem. Szczyt formy przypadł akurat na okres w którym w mediach zaczynała się debata na temat najlepszego piłkarza roku.

Parę tygodni temu Międzynarodowa Federacja Piłki Nożnej ogłosiła listę dwudziestu trzech nominowanych piłkarzy do najważniejszej indywidualnej nagrody w futbolu. Przyszły nominacje, w których znalazł się Robert Lewandowski. Świetna dyspozycja w ostatnim czasie spowodowała, że wiele osób widziało kapitana Biało-Czerwonych na podium Złotej Piłki. Dziennikarze w Polsce wręcz twierdzili, że Robert musi się znaleźć w pierwszej trójce - brak będzie skandalem.

źródło: telegraph.co.uk

Dwa dni temu FIFA ogłosiła ostateczną trójkę, z której 11 stycznia 2016 roku poznamy zwycięzcę. Niestety w tym gronie nie znalazł się napastnik Bayernu Monachium. Od razu w Polsce podniosły się głosy, że Robert został skrzywdzony.

Patrząc na całą sytuację z boku oraz obiektywne przeanalizowanie całego roku kalendarzowego, można z czystym sumieniem stwierdzić, że Lewandowski nie zasłużył na podium Złotej Piłki.

Wyczynów reprezentacyjnych nie można przytaczać, ponieważ tylko Europa grała spotkania eliminacyjne.
Skupiając się tylko na występach klubowych, Robert Lewandowski posiada konkurentów, którzy mają większy wpływ na swoją drużynę niż RL7. Również wymieniani w kontekście podium Złotej Piłki rywale, pozostawiają w tyle kapitana Biało-Czerwonych jeśli chodzi o trofea drużynowe. Lionel Messi, Neymar oraz Luis Suarez zdobyli w kończącym się roku cztery trofea, a mają jeszcze szansę na piąte. Już ten fakt pokazuje, że nie mogło być miejsca dla Roberta na podium.

źródło: goal.com

Większość piłkarzy nominowanych do Złotej Piłki za rok 2015 to napastnicy, którzy nie tylko za zdobyte trofea, ale również za ilość strzelonych goli znaleźli się w tym zacnym gronie. Kilku z nominowanych piłkarzy zdobyło w kończącym się roku mnóstwo goli, w tym gronie jest również Lewandowski, ale niestety nie znajduje się w pierwszej trójce.

Co ciekawe Robert Lewandowski nie jest również liderem klasyfikacji strzelców Bundesligi w obecnym sezonie, a to właśnie za ilość goli w ostatnich miesiącach większość ludzi w Polsce widziało go na podium Złotej Piłki. W tej statystyce przegrywa z Pierre-Emerickiem Aubameyangiem, od którego w rozgrywkach klubowych w całym roku kalendarzowym zdobył również mniej bramek.

źródło: bvb.de

Robert Lewandowski (35 bramek - źródło: transfermarkt.pl) nie znajduje się w pierwszej piątce najlepszych strzelców rozgrywek klubowych w 2015 roku. Oprócz napastnika BVB (Aubameyang - 39 bramek - źródło: transfermarkt.pl) wyprzedzają go, lider tej klasyfikacji Cristiano Ronaldo (45 bramek - źródło: transfermarkt.pl) oraz Tridente z FC Barcelony Lionel Messi (44 bramki - żródło: fcbarca.com), Neymar (41 bramek - źródło: fcbarca.com) oraz Luis Suarez (40 bramek - źródło: fcbarca.com). Jeżeli chodzi o Portugalczyka, to Polak zdobył więcej trofeów klubowych w obecnym roku, dlatego może czuć smutek, że Ronaldo znalazł się wyżej w klasyfikacji Ballon d'Or. Jeżeli chodzi o trójkę ofensywnych piłkarzy Dumy Katalonii, to Robert może im tylko pogratulować sukcesów z tego roku, ponieważ w żadnej klasyfikacji nie jest lepszy od każdego z nich.

Robert Lewandowski zrobił olbrzymi postęp w kończącym się roku. Był wiodącą postacią w kadrze Adama Nawałki, którą poprowadził do awansu na przyszłoroczne Mistrzostwa Europy. Również w Bayernie Monachium stał się bardzo ważnym elementem układanki Josepa Guardioli. Niestety te wszystkie wyczyny nie pozwalały myśleć o pierwszej trójce Złotej Piłki. Owszem, Robert był lepszym piłkarzem niż Cristiano Ronaldo w 2015 roku i on powinien być wyżej niż Portugalczyk. Jednak miejsce Ronaldo w finałowej trójce powinien zająć Lusi Suarez, gdyż to trio z Katalonii podbiło piłkarskie boiska w kończącym się roku i to nie przez miesiąc czy dwa, tylko przez cały rok.

NA PRZECIWLEGŁYCH BIEGUNACH

Napisał Radek @ 22 listopada 2015

Jeżeli rozgrywane zostaje El Clasico to wszyscy mogą być pewni, że będą ogromne emocje. Zawsze kibice przy okazji El Clasico są świadkami najwyższej piłkarskiej jakości. Nie inaczej było tym razem, mimo że od pierwszych minut na murawie nie pojawił się Lionel Messi.

Sobotni Klasyk długo nie zapomną kibice na całym świecie. Oczywiście fani Realu Madryt pragną wymazać 21 listopada 2015 roku z pamięci, ale nawet dla nich ten dzień utkwi mocno w pamięci.

Pomimo szumu wokół drużyny, trenera oraz klubu z Madrytu, Madridistas przybyli na Santiago Bernabeu będąc pełnym nadziei, przekonanym, że starcie z Blaugraną będzie punktem zwrotnym w obecnej sytuacji. Optymizm wzrósł w momencie ujrzenia składu. Ofensywne ustawienie było dla kibiców ogromną nadzieją na trzy punkty. Niestety z pierwszym gwizdkiem sędziego nadzieje pękły jak bańka mydlana.

FC Barcelona w sobotnie popołudnie zaprezentowała się wyśmienicie. Od pierwszych do ostatnich minut kontrolowała przebieg spotkania. Ciężko wyróżnić jednego piłkarza w ekipie Dumy Katalonii, ponieważ każdy zagrał perfekcyjne spotkanie. Tworzyli jeden organizm, każdy funkcjonował na boisku dla dobra całości. A całością zarządzał perfekcyjnie Luis Enrique, który potrafił stworzyć uśmiechniętego Messiego podczas przebywania na ławce rezerwowych.  A przeszłość pokazuje, że to jedno z najtrudniejszych zadań w piłce nożnej-nie poradził sobie nawet Josep Guardiola.

źródło: fifa.com

Oprócz trenera Blaugrany, bardzo ważnym aspektem zwycięstwa na Santiago Bernabeu była tradycyjnie już La Masia. Pięciu wychowanków w pierwszej jedenastce oraz dwójka wchodzących z ławki to rzeczywista siła FC Barcelony. Również idealna gra zespołowa to wiele lat ciężkiej pracy katalońskiej akademii piłkarskiej. Ciężko cokolwiek napisać jeszcze o grze Dumy Katalonii na Santiago Bernabeu, ponieważ żadne słowa nie opiszą tego co wydarzyło się w sobotę.

W przeciwieństwie do podopiecznych Luisa Enrique, Real Madryt w sobotę był bezradny. Królewscy obecnie to zlepek indywidualności, którzy w żadnym aspekcie nie przypominają zespołu. Pressing podopiecznych Rafaela Beniteza wyglądał jak gra w zbijanego-każdy uciekał przed piłką.  Gra Blancos w Klasyku to obraz nędzy i rozpaczy. Nie chcę się znęcać nad Królewskimi, ponieważ takie upokorzenie może się każdemu przydarzyć, dlatego postawę Realu trzeba przemilczeć i nic więcej nie pisać.

Żadne słowa nie opiszą tego co zobaczyliśmy w sobotnie późne popołudnie. Każda z bramek, które zostały zdobyte na Santiago Bernabeu były wyjątkowe i pokazują najważniejszy aspekt piłki nożnej-grę zespołową. Dlatego żeby przeżyć to co wydarzyło się w Madrycie trzeba obejrzeć najważniejsze momenty spektaklu.


źródło: bein sports TV


źródło: RAC1

Zarówno dla fanów Barcy jak i Realu pierwsze El Clasico sezonu 2015/16 na długo zapadnie w głowach. Dla jednych będzie to jednak koszmar, dla drugich z kolei powód do dumy. Również postronni kibice będą wspominać listopadowe Gran Derbi przez kolejne miesiące i lata... ponieważ obok tak fantastycznego futbolu nie można przejść obojętnie.

TOTALNY ODLOT

Napisał Radek @ 20 listopada 2015

Kiedy rozpoczynał się obecny sezon kibice zastanawiali się jak będzie przebiegał. Co takiego się wydarzy, kto będzie mistrzem danej ligi oraz czy w końcu zostanie obroniona Liga Mistrzów. Ostateczne rozstrzygnięcia w eliminacjach do Mistrzostw Europy również przykuwały wzrok fanów. Każdy kibic przeglądał terminarze rozgrywek żeby sprawdzić kiedy swoje mecze z odwiecznymi rywalami rozegrają ukochane kluby. Jak co roku w tym samym momencie, każdy fan piłki musiał również sprawdzić datę rozegrania pierwszego w sezonie El Clasico. Tutaj nie ma wyjątków, każdy czeka na to starcie!

Właśnie w końcu doczekaliśmy się tego momentu w obecnym sezonie. Stoimy przed najważniejszym spotkaniem w klubowej piłce.O innych hitach tego weekendu nikt nawet nie wspomina. Tradycyjnie świat ogarnęło szaleństwo pod tytułem "Gran Derbi". Starcie, które nie tylko odbywa się na boisku.

Oprócz samego spotkania, kibiców elektryzuje obecność Gerarda Pique w Madrycie. Środkowy obrońca reprezentacji Hiszpanii zasługuje na miano teraźniejszego Luisa Figo. Już podzielił los Portugalczyka, który swego czasu przeniósł się z FC Barcelony do Realu Madryt czym rozwścieczył fanów Blaugrany. Znienawidzony w Katalonii, przy każdej wizycie na Camp Nou nie miał i nie będzie miał łatwego życia.

źródło: the18.com

Pique na takie traktowanie zasłużył wypowiedziami na temat Realu Madryt, w których szyderczo śmiał się z madryckiego klubu oraz przy każdej okazji powtarza, że życzy Królewskim samych porażek. Ze względu na charakter reprezentanta Hiszpanii oraz relacje pomiędzy oboma klubami, kibice mogą być pewni, że atmosfera będzie jak z thrillera.

Podgrzewać atmosferę sobotniej wojny będzie również sprawa z sędzią liniowym, który jakiś czas temu zgłosił się do prokuratury ujawniając, że były naciski ze strony Królewskich, żeby faworyzować Real w starciu z Dumą Katalonii. Całe wydarzenie spowodowało, że dopiero na początku tygodnia poznaliśmy trójkę sędziowską, a w ostatnich dniach  został wymieniony jeden z liniowych sędziów. Bez wątpienia cała sytuacja doprowadzi do tego, że presja na całą trójkę sędziowską będzie olbrzymia, a każda decyzja będzie rozkładana na czynniki pierwsze.

Jutrzejszego popołudnia wszystkie animozje pozaboiskowe zejdą na drugi plan. Najważniejszy stanie się spektakl. Fani każdej z drużyn oczekują zwycięstwa swojego ukochanego klubu. Jednak obie ekipy przystępują do Gran Derbi z innej pozycji.

Najbardziej śledzoną informacją ostatnich tygodni była kontuzja Lionela Messiego, a w szczególności odpowiedź na pytanie czy zdoła się wykurować na najważniejszy mecz jesieni? Na dzień dzisiejszy na pewno zagra, ale nie wiadomo czy od początku czy wejdzie jako zmiennik. Jest to dobra wiadomość nawet dla kibiców Realu, ponieważ El Clasico bez najlepszego piłkarza świata straciłoby na jakości piłkarskiej.

źródło: dailymail.co.uk

FC Barcelona od samego początku sezonu boryka się z kontuzjami. Na szczęście praktycznie wszyscy najważniejsi wykurowali się przed Gran Derbi. Jedynym nieobecnym będzie Rafinha, ponieważ Ivan Rakitic został powołany i może wystąpić na Santiago Bernabeu.

Duma Katalonii do starcia z odwiecznym rywalem podchodzi w dobrych nastojach. Pomimo kontuzji lidera drużyny oraz wielu problemów kadrowych, Barca jest liderem ligi hiszpańskiej z trzema punktami przewagi nad Królewskimi. Również przewodzi w swojej grupie w rozgrywkach Ligi Mistrzów. Olbrzymia w tym zasługa Luisa Suareza oraz Neymara, którzy stali się liderami przetrzebionej kontuzjami Blaugrany.

źródło: ekstraklasa.net

Z kolei w Realu Madryt im bliżej święta piłkarskiego tym sytuacja gęstnieje i robi się nerwowo. Ostatnie dni to poważna rozmowa liderów zespołu z trenerem Rafaelem Benitezem na temat obecnej taktyki. Piłkarze nie godzą się na defensywny, ostrożny oraz pozbawiony finezji styl gry i zakomunikowali szkoleniowcowi, że od soboty chcą grać ofensywnie.

źródło: AFP

Już od samej nominacji na trenera Królewskich, Benitez budzi emocje wśród Madridistas i samych piłkarzy. Niestety dla białej części Madrytu z dnia na dzień przybywa przeciwników Rafaela i nawet pod samym Santiago Bernabeu mówi się, że w przypadku porażki z Dumą Katalonii, obecny trener Realu pożegna się ze swoim stanowiskiem.

Niestety spokoju w szatni nie wprowadza również afera z Karimem Benzemą, który jest podejrzany o szantażowanie kolegi z reprezentacji Francji Mathieu Valbueny ujawnieniem sekstaśmy, którą pomocnik Olympique Lyon miał nagrać ze swoją dziewczyną.

Nie milkną również echa chłodnych w ostatnim czasie stosunkach pomiędzy Cristiano Ronaldo i prezydentem Realu Madryt Florentino Perezem. Chodzi o słowa Portugalczyka, który oznajmił, że nie wyklucza po sezonie opuszczenia Santiago Bernabeu. Oliwy do ognia dodała rozmowa Ronaldo z trenerem PSG, w której ponoć Portugalczyk powiedział, że chciałby pracować z Francuzem.

źródło: 101greatgoals.com

źródło: dailymail.co.uk

Niepokój w głowach osób związanych z Realem Madryt zasiewa również dyspozycja trio Cristiano Ronaldo, Gareth Bale, Karima Benzema. Cała trójka w obecnych rozgrywkach zdobyła zaledwie 22 bramki, co stawia ich daleko za najlepszymi trójkami ofensywnymi w Europie na obecnym etapie rozgrywek.

Patrząc co dzieje się w obu klubach, można pokusić się o stwierdzenie, że FC Barcelona posiada przewagę psychologiczną nad odwiecznym rywalem. Również ostatnie wynik delikatnie wskazują Dumę Katalonii jako faworyta. Za Realem przemawia własny teren Santiago Bernabeu oraz kibice, którzy zrobią wszystko żeby w sobotni wieczór cieszyć się z trzech punktów. Jednak starcie odwiecznych rywali rządzi się swoimi prawami i wraz z pierwszym gwizdkiem statystyki i wszystko inne przestanie mieć znaczenie. Liczyć się będzie tylko zielony prostokąt na którym wszystko się rozstrzygnie.

POLAK POTRAFI

Napisał Radek @ 18 listopada 2015

Czekając na wtorkowe spotkanie z reprezentacją Czech, zastanawiałem się jak będzie wyglądało boiskowe życie kadry bez Roberta Lewandowskiego oraz Grzegorza Krychowiaka. Niepokojące a zarazem żałosne były głosy, że niektórzy kibice domagali się zwrotu części pieniędzy za spotkanie we Wrocławiu ze względu na brak kapitana reprezentacji Polski. Na szczęście stadion był wypełniony prawie w całości, atmosfera była fantastyczna.

Patrząc na aspekt sportowy, każdy w Polsce ciekaw był czy bez swojego kierowcy oraz pilota maszyna dalej będzie rozpędzona czy może wyhamuje. Osobiście miałem mieszane uczucia co do eksperymentu Nawałki, ponieważ uważałem, że wystawienie pięciu zmienników na raz w jedenastce może nie pozwolić na odpowiednią ocenę ich przydatności, ponieważ brak meczowego zgrania może wpłynąć na jakość gry.

Na szczęście jakość podstawowych piłkarzy kadry, którzy we wtorkowy wieczór zagrali od pierwszych minut spowodowało, że niepokój uciekł w zapomnienie. Zmiennicy od samego początku dostali niewyobrażalne wsparcie od Kamila Glika czy Arkadiusza Milika, które mogli zamienić na boiskową zabawę.

źródło: gazetawroclawska.pl

Jako pierwszy świętowanie wspaniałego roku rozpoczął Bartosz Kapustka. Fighter z Krakowa rewelacyjnym podaniem obsłużył Arkadiusza Milika, któremu pozostało tylko pokonać Petra Cecha. Jeszcze kibice nie skończyli świętować bramki z 3. minuty, kiedy Biało-Czerwoni zadali drugi cios. Arkadiusz Milik, lider polskiej kadry we wtorkowy wieczór, obsłużył podaniem Tomasza Jodłowca, który strzałem głową podwyższył wynik na 2:0.

źródło: onet.pl

Po bramce piłkarza Legii Warszawa, podopieczni Adama Nawałki spuścili z tonu a do głosu doszli Czesi. Indywidualne błędy, chaotyczna gra w środku pola spowodowała, że po złym wybiciu piłki spod linii bramkowej właśnie Tomasza Jodłowca, futbolówka spadła wprost pod nogi Ladislava Krejci, Czeski piłkarz pięknym strzałem zza pola karnego pokonał bezradnego Artura Boruca. Wynik do końca pierwszej połowy nie uległ zmianie.

Druga połowa to już zdecydowana przewaga reprezentacji Polski, która została nagrtodzona bramką Kamila Grosickiego w 70. minucie. Gol na 3:1 to znak firmowy kadry Nawałki. Szybka kontra w której fenomenalnym podaniem z lewej strony popisał się Krzysztof Mączyński, altruistycznie zachował się Arkadiusz Milik a piłkarz francuskiego Rennes musiał tylko umieścić futbolówkę w pustej bramce. Do końca spotkania wynik już się nie zmienił, dzięki czemu Biało-Czerwoni zakończyli rok w idealnych nastrojach.

Patrząc z perspektywy listopadowych spotkań z Islandią i Czechami, można śmiało powiedzieć, że reprezentacja idzie w dobrym kierunku. Można było mieć obawy przed towarzyskimi spotkaniami, że eksperymenty w składzie, brak stawki meczu oraz mniejsze zaangażowanie spowodowane możliwością odniesienia kontuzji obniżą jakość w grze. Nic z tych rzeczy - na boisku widzieliśmy tą samą kadrę co z eliminacji, mającą pasję w oczach i walczącą o każdy metr boiska oraz wierzącą we własne umiejętności. Chłopaki na boisku pokazali, że cel jakim jest sukces na Euro we Francji jest ich największą obecnie motywacją.

źródło: polskieradio.pl
 
Oczywiście mankamenty jakie były widoczne podczas eliminacji, w dalszym ciągu spędzają sen z powiek sztabowi szkoleniowemu. Jednak trzeba zauważyć, że reprezentacja nie jest jeszcze produktem końcowym i jest sporo czasu żeby wprowadzić odpowiednie zmiany. Mam również pełną świadomość, że te dobre obecnie rzeczy mogą w bliskiej przyszłości już tak perfekcyjnie nie funkcjonować.

Jestem przekonany, że po wtorkowym spotkaniu we Wrocławiu w głowach kibiców nasuwa się pytanie - czy Biało-Czerwoni to czołowa reprezentacja w Europie? Za wcześnie na dyskusje na ten temat. Jednak z meczu na mecz można zauważyć progres i jeżeli okres do Mistrzostw Europy zostanie odpowiednio wykorzystany, to jestem przekonany, że na Euro reprezentacja będzie czarnym koniem i powtórzy sukces Bułgarii z Mundialu w Stanach Zjednoczonych.

Wiem, że balonik jest napompowany do maksymalnych rozmiarów. Wiem również, że poprzednie wielkie piłkarskie imprezy były okrutne dla Biało-Czerwonych oraz że zostało jeszcze dużo czasu do Euro. Ale zadajcie sobie pytanie - kiedy ostatni raz tak cieszyliście się na mecz reprezentacji Polski i odliczaliście czas do pierwszego gwizdka?

W CIENIU PARYSKIEJ TRAGEDII

Napisał Radek @ 14 listopada 2015

Ponad trzystutysięczne państwo, kopciuszek na mapie piłkarskiej Europy, federacja, która kilka lat temu postawiła na profesjonalny i przemyślany system szkolenia młodzieży, w piątkowy wieczór zawitało na PGE Narodowy w Warszawie.

Reprezentacja Islandii tak jak kadra Nawałki przygotowuje się do przyszłorocznych Mistrzostw Europy. Dla islandzkiej piłki jest to historyczny sukces, ponieważ po raz pierwszy zagrają na wielkiej piłkarskiej imprezie tj. Mundialu czy Euro. Swoje przygotowania rozpoczęli w Warszawie.

źródło: sportowefakty.wp.pl

Euforia jaka towarzyszyła po awansie do Francji, swoją kontynuację miała w pierwszych minutach piątkowego spotkania. Już w czwartej minucie Gylfi Sigurdsson wykorzystał rzut karny, który był podyktowany za faula Jakuba Wawrzyniaka na wykonawcy jedenastki.

Przez pierwszy kwadrans gra reprezentacji Polski wyglądała na chaotyczną. Taki stan rzeczy spowodowany był nie tylko szybko straconą bramką, ale również inteligentną grą gości. Islandczycy cofnęli się i czekali na Polaków pod własnym polem karnym. Podopieczni Adama Nawałki nie byli w stanie sforsować szczelnej obrony podopiecznych Larsa Lagerbacka. Przebieg z początku spotkania obserwowaliśmy do końca pierwszej połowy, w której Biało-Czerwoni byli cieniem drużyny z eliminacji.

Każdy ma świadomość, że to spotkanie towarzyskie, dlatego ciężko ocenić postawę Biało-Czerwonych. Również obraz kadry Nawałki w drugiej połowie zamazują zmiany w szeregach przeciwnika. Wraz z roszadami w składzie Islandczyków, gra polskiej kadry zaczęła przypominać starcia z Niemcami, Szkocją czy Irlandią.

Już w siódmej minucie drugiej połowy Kamil Grosicki strzałem w krótki róg bramki gości spowodował radość wśród kibiców na stadionie w Warszawie.

źródło: sport.dziennik.pl

Biało-Czerwoni od momentu wyrównującego gola przejęli kontrolę nad wydarzeniami boiskowymi. W 66. minucie meczu wyszli na prowadzenie do strzale Bartosza Kapustki, który minut prędzej zmienił Jakuba Wawrzyniaka.

źródło: sport.interia.pl

Niestety piłkarze reprezentacji Polski z prowadzenia cieszyli się krótko. Trzy minuty po bramce Kapustki Alfred Finnbogason w sytuacji sam na sam pokonał Wojciecha Szczęsnego. Islandczyk wykorzystał błąd ustawienia linii obrony Polaków oraz indywidualny błąd Łukasza Szukały.

Po utracie drugiej bramki Biało-Czerwoni pokazali charakter z eliminacji, dzięki któremu awansowali na Euro. Pomimo utraty prowadzenia gospodarze spotkania cały czas kontrolowali grę. W 76. minucie po zamieszaniu w polu karnym, sprytem wykazał się niezawodny w tym sezonie Robert Lewandowski. który dopadł do piłki i z odległości paru centymetrów od linii bramkowej wpakował futbolówkę do bramki Islandczyków.

Cztery minuty po golu na 3:2, kolejny raz uaktywnił się kapitan reprezentacji Polski, który przebiegając kilkanaście metrów w asyście obrońcy gości, zdecydował się na ryzykowny strzał z dość ostrego kąta. Piłka prześlizgując się po rękawicy bramkarza wpadła w długi róg bramki gości.

źródło: fakt.pl

Gwiazda światowych boisk przy owacji na stojąco i okrzyków kibiców została zmieniona w 89. minucie. Lewandowski zasłużył na taki gest ze strony sztabu szkoleniowego, ponieważ to on ciągnie biało-czerwony wózek, którym ma zamiar przy pomocy kolegów z drużyny dojechać prosto do Paryża.

Polska reprezentacja w towarzyskim spotkaniu z Islandią zaprezentowała twarz z eliminacji. Zaangażowanie, ofensywny futbol oraz wytrwałość w dążeniu do zwycięstwa to cechy które są synonimem kadry Adama Nawałki. Niestety piątkowe spotkanie pokazało również, że Biało-Czerwoni mają cały czas problemy z grą w defensywie. Na szczęście jest jeszcze trochę czasu przed Euro na wyeliminowanie błędów.

Najbliższe spotkanie z reprezentacją Czech będzie kolejnym sprawdzianem, w którym będzie można poprawić aspekty w grze defensywnej. Również będzie szansą na zaprezentowanie swoich umiejętności przez zmienników, ponieważ kadrę przed spotkaniem we Wrocławiu opuścili Robert Lewandowski, Grzegorz Krychowiak, Łukasz Fabiański oraz kontuzjowany Jakub Błaszczykowski.

Każdy jest ciekaw jak zaprezentuje się reprezentacja we Wrocławiu. Czy rezerwowi przyprawią selekcjonera o ból głowy i spowodują, że okres przed następnym meczem towarzyskim będzie składał się z nieprzespanych nocy? A może utwierdzą w przekonaniu, że obecny skład kadry to odpowiednia selekcja.

Z UŚMIECHEM NA TWARZY

Napisał Radek @ 10 listopada 2015

Jeszcze miesiąc temu polska reprezentacja walczyła o awans do przyszłorocznych Mistrzostw Europy. Kibice w niepokoju czekali na ostateczne rozstrzygnięcia. Każdy wyobrażał sobie różny scenariusz, jedni byli optymistami, inni z kolei pesymistami. Wszyscy w Polsce byli zgodni co do jednego - uniknąć baraży awansując bezpośrednio z jednego z pierwszych dwóch miejsc w grupie.

Minęło 30 dni, jesteśmy kilka dni przed barażami, za tydzień będziemy wiedzieli które reprezentacje dołączą do finalistów Mistrzostw Europy. Na szczęście kibice w Polsce mogą z uśmiechem na twarzy oglądać mecze barażowe. Wywalczony z drugiego miejsca w grupie awans pozwolił, żeby listopadowe terminy wykorzystać na przygotowania do Francji.

W Polsce obecnie tematem numer jeden są towarzyskie spotkania oraz przede wszystkim powołania na mecze z Islandią i Czechami. Obserwując pracę Adama Nawałki, nie powinniśmy być zdziwieni powołaniami. Selekcjoner już nie raz pokazał, że jest konsekwentny w swoich decyzjach.

źródło: eurosport.onet.pl


Cofając się jednak do początków Nawałki w kadrze, każdy sobie przypomni słowa z których wynikało, że powoływani będą tylko piłkarze regularnie grający w swoich klubach. I tutaj pojawia się mała ryska na pracy selekcjonera. Jednak ten aspekt można pominąć w kontekście towarzyskich spotkań. Może to moment w którym selekcjoner będzie chciał osobiście porozmawiać z poszczególnymi zawodnikami wyjaśniając, że tylko regularna gra w klubie pozwala myśleć o powołaniu na Mistrzostwa Europy.

Dla mnie jak i dla całej Polski, najważniejszym aspektem towarzyskich spotkań będzie ten sportowy. Bez presji, przed własną publicznością, przeciwnicy wymagający, ale nie z najwyższej półki - idealny moment na rozpoczęcie przygotowań do Francji od dwóch zwycięstw, jednocześnie pokazując efektywny oraz przede wszystkim efektowny futbol. Również spotkania z Islandią i Czechami będą idealnym momentem na podziękowanie kibicom za wsparcie.

źródło: calapolskakibicuje.pl

Zarówno piątkowe spotkanie jak i wtorkowe będą okazją do przetestowania rezerwowych. Wracając pamięcią do eliminacji, z przebiegu spotkań wyłania się obraz, który pokazuje, że Adam Nawałka bardzo rzadko zmieniał podstawową jedenastkę, no chyba że był zmuszony przez kontuzję albo kartki. Dlatego zbliżające się spotkania to idealny moment na roszady w składzie.

źródło: pzpn.pl

Oczywiście szkielet zespołu powinien zostać, jedynie w trakcie spotkania można dokonać zmiany liderów kadry. Takim gestem można podziękować za wspaniałe eliminacje zmieniając przy wrzawie i głośnych "dziękujemy" przez fanów zgromadzonych na stadionie. Poeksperymentować można natomiast na pozycjach na których polska kadra ma problemy, albo gdzie roszada nie spowoduje obniżenia jakości.

Wiadomo, że powołania dla Sebastiana Mili czy Sławomira Peszko to nieporozumienie, ponieważ można było sprawdzić np. Patryka Lipskiego z Ruchu Chorzów. Jednak dotychczasowe decyzje bronią sztab szkoleniowy. Będzie jeszcze czas na kolejne powołania i sprawdzenie piłkarzy, którzy swoją grą w lidze powodują ból głowy u selekcjonera, ale to ból spowodowany komfortem przy wyborze. Cieszyć mogą powołania dla Mariusza Stępińskiego z Ruchu Chorzów oraz Pawła Dawidowicza z Benfiki Lizbony oraz kolejne dla Bartosza Kapustki z Cracovii Kraków.

Od niepamiętnych lat zasiądę w końcu bez żadnego stresu aby obejrzeć mecz polskiej reprezentacji, jednocześnie na twarzy będzie gościł uśmiech - taki komfort psychiczny powoduje u kibiców Biało-Czerwonych kadra Nawałki. Prędzej, nawet za czasów obecnego selekcjonera, również towarzyskie starcia przyprawiały o stres, zawsze był niepokój o kompromitację. Obecnie, klasa poszczególnych piłkarzy biegających z orzełkiem na piersi oraz styl jaki prezentują jako drużyna na boisku i poza nim, dają ogromnego kopa spokoju i zapewniają, że kibic nie będzie musiał się wstydzić za grę polskiej kadry. Na taką reprezentację wszyscy czekaliśmy.

NA JEDNYM WÓZKU

Napisał Radek @ 6 listopada 2015

Od dłuższego czasu nastroje w obozach odwiecznych rywali są podobne. Oczywiście są momenty w których u jednych można zauważyć przygnębienie, a u drugich uśmiech na twarzy. Jednak obraz jakiego świadkami jesteśmy od kilku miesięcy to scena walki z własnymi słabościami.

Ostatni okres pokazuje, że jakieś zmiany władze klubów starają się wprowadzić. Rozpoczęli od zmian sztabów szkoleniowych. Przedstawiciele obu klubów wiązały i wiążą ogromne nadzieje z zatrudnieniem nowego trenera. Czy to  jednak wystarczy? Niestety rzeczywistość jak do tej pory pokazuje, że to nie szkoleniowcy są problemem klubów, ale zarządzanie działem sportowym.

Abstrahując od zarządzania klubem, najważniejszym aspektem obecnie jest poziom sportowy zarówno Legii Warszawa jak i Lecha Poznań. Oba kluby wczorajszego wieczora zdawały egzamin dojrzałości. Rozgrywali mecz rundy jesiennej. Spotkanie być albo nie być w najważniejszych dla obu ekip rozgrywkach. 

Przedstawiciele mistrza i wicemistrza Polski twierdzą, że priorytetem jest Ekstraklasa i mistrzostwo Polski, ale jest to śmieszny argument, ponieważ najważniejszy jest najbliższy mecz oraz europejskie puchary. To przecież cały sezon piłkarze walczą w polskiej lidze, żeby dostać się do Europy i pokazać co mają najlepszego. Mówienie o ważności rozgrywek krajowych nad europejskimi potwierdza, że oba kluby nie są przygotowane sportowo do Europy.

Wracając do wczorajszego wieczora, trudno znaleźć pozytywy. No może jedynym była ilość kibiców na INEA Stadion w Poznaniu w porównaniu do meczu z Belenenses. Reszta była podsumowaniem pracy władz klubu w aspekcie sportowym.

źródło: Mateusz Kostrzewa (legia.com)

źródło: fakt.pl

Zarówno Lech jak i Legia od samego początku sezonu borykają się z dużymi problemami. Co prawda pierwsze dni obecnych rozgrywek nie wskazywały na taki stan rzeczy, ale z meczu na mecz sytuacja robiła się niekomfortowa. Wczoraj nadszedł punkt kulminacyjny. W czwartkowy wieczór miarka się przebrała.

Zarówno w Warszawie jak i Poznaniu zmiana trenera miała być lekiem na całe zło. W Poznaniu coś drgnęło, ale na chwilkę, a styl jaki prezentuje drużyna pod wodzą Jana Urbana nie wróży niczego dobrego. Z kolei w stolicy Polski sytuacja wymknęła się z pod kontroli i wszystko się rozlało. Ekipa Stanisława Czerczesowa nie tylko nie poprawiła wyników, ale również przestała grać w piłkę.

źródło: Mateusz Kostrzewa (legia.com)

Patrząc przed meczem na jedenastkę jaka wybiegła na murawę Jan Breydel Stadion, można było przewidzieć porażkę. Michał Pazdan na defensywnym pomocniku, trzech defensywnych pomocników oraz Marek Saganowski na szpicy - lepszego cyrku władze Legii oraz trener nie mogli sprezentować kibicom. Szkoda tylko, że właśnie kibice muszą to oglądać i wstydzić się za grę swojego klubu, bo obcokrajowcy biegający z eLką na piersi nie będą się przejmować losem warszawskiego klubu. Z kolei Wejście Aleksandara Prijovicia podsumowało obecny poziom sportowy Legii.

Po warszawskim wstydzie w Brugii, przyszedł czas na Poznań i spotkanie mistrza Polski z drużyną Jakuba Błaszczykowskiego. Po zwycięstwie dwa tygodnie temu z Fiorentiną na ich terenie, kibice liczyli na powtórkę w rewanżu. Niestety wczorajszy mecz potwierdził opinie większości fanów w Polsce, że piłkarze Violi zlekceważyli Poznaniaków w pierwszym spotkaniu. Smutnym obrazkiem był widok wypełnionego tylko w połowie stadionu w Poznaniu. To pokazuje, że kibicie nie wierzyli i nie wierzą w obecnego Lecha. Nie ma się co dziwić, ponieważ pomimo zmiany trenera, nic więcej się nie zmieniło. Oczywiście były momenty lepsze, ale poziom sportowy od początku sezonu został utrzymany.

Najsmutniejszą wiadomością jaka napłynęła z Poznania był kolejny słaby mecz Karola Linettego. Reprezentant Polski (forma nie pozwala na powołania Karola do kadry) kolejny raz udowodnił, że pozycja lidera drużyny go przerosła.

źródło: Jacek Staszak (konto na Twitterze)

Utalentowany zawodnik we wczorajszym spotkaniu wyglądał na  schowanego, jego gra przypominała grę na alibi. W zasadzie koledzy z drużyny również nie błyszczeli. Ogólnie Lech od dłuższego czasu nie rozegrał spotkania, w którym swą grą zachwyciłby kibiców. Wczoraj wyglądał na sparingpartnera lidera Serie A.

Obraz z czwartkowego wieczora kibice chcieliby wymazać jak najszybciej. Niestety, bardziej wrażliwi będą mieli z tym problemy. Kolory szarości z wczoraj idealnie odzwierciedlają poziom polskiej piłki klubowej. Najgorsze w tym wszystkim jest zachowanie prezesów klubów, architektów obecnej sytuacji, którzy twierdzą, że Ekstraklasa najważniejsza.... I jak tu można sprzeciwić się szefom i walczyć o awans?

W POGONI ZA...

Napisał Radek @ 2 listopada 2015

Do końca roku zostało niespełna dwa miesiące. Rozgrywki ligowe rozkręciły się na całego. Przed kibicami barażowe spotkania, które wyłonią ostatnią czwórkę finalistów przyszłorocznego Euro. Na ten moment najbardziej kibiców elektryzują jednak rozgrywki fazy grupowej Ligi Mistrzów, które wkraczają w rundę rewanżową.

Wszystkie kluby maja świadomość, że każdy następny mecz jest jak finał. Jak co roku są drużyny, które już mogą się szykować do walki w fazie pucharowej. Jednak niewiadomych jest zdecydowanie więcej niż ekip, które są w komfortowej sytuacji.

Wtorkowe oraz środowe spotkania dadzą odpowiedź na niektóre pytania, ale jednocześnie spowodują, że emocje w ostatnich dwóch kolejkach będą olbrzymie. Również zwiększy się ilość znaków zapytania. Przedstawiciele klubów będą co chwila analizować sytuację na innych boiskach i spoglądać na tabelę.

Jako pierwsi o pieniądze oraz przede wszystkim punkty powalczą zespoły z Astany i Madrytu. Już o 16-stej polskiego czasu debiutant w Champions League będzie walczył o kolejne punkty oraz pokrzyżowanie planów podopiecznym Diego Simeone. Z kolei zwycięstwo Atletico spowoduje, że zespół z Madrytu jedną nogą będzie w 1/8 finału.

Bardzo ciekawie zapowiada się drugie spotkanie w grupie C, w którym na Estadio da Luz Benfika Lizbona podejmie Galatasaray Stambuł. Zwycięstwo gospodarzy bardzo skomplikuje sytuację mistrzowi Turcji, z kolei strata punktów przez mistrza Portugalii zagwarantuje emocje do ostatniego meczu.

Spotkanie na Santiago Bernabeu rozstrzygnie która z ekip zajmie pierwsze miejsce po fazie grupowej. Ze względu na przeciwników jakich posiadają Królewscy oraz Paryżanie, już teraz można wskazać obie ekipy jako pewniaków do awansu.

źródło: sport.pl
O możliwość gry na wiosnę w Lidze Europy, w Doniecku powalczą Szachtar oraz szwedzkie Malmo FF. Podopieczni Mircei Lucescu muszą wygrać wtorkowe spotkanie, każdy inny wynik skomplikuje sytuację drużyny z Doniecka powodując odpadnięcie z europejskich pucharów.

Tak jak to ma miejsce od początku fazy grupowej, najciekawiej zapowiada się walka o awans w grupie B oraz D.

Żadne zwycięstwo w grupie B nie wyjaśni sytuacji. Jestem przekonany, że rozstrzygnięcia zapadną dopiero w ostatniej kolejce. Natomiast spotkania Manchester United-CSKA Moskwa oraz PSV Eindhoven-VfL Wolfsburg mogą pokazać, która z ekip może w spokoju przygotowywać się do ostatecznych starć.

Z kolei w grupie D dojdzie do arcyważnych spotkań, które mogą już na tym etapie rozgrywek poukładać sytuację. Sevilla FC na Ramon Sanchez Pizjuan podejmować będzie Manchester City i każdy inny wynik niż zwycięstwo pogrzebie szansę na awans do 1/8 finału.

źródło: ibnlive.com
Meczem ostatniej szansy dla Borussii Mönchengladbach będzie starcie z Juventusem Turyn. W pierwszym spotkaniu padł bezbramkowy remis, dlatego kibice niemieckiej ekipy liczą na komplet punktów i przedłużenie szans na awans. Również trzy oczka dla Borussii bardzo skomplikuje sytuację w grupie, dzięki czemu emocje będą do samego końca.

Patrząc na kalendarz czwartej rundy, ciężko wybrać wieczór, który będzie ciekawszy. Jednak środowy dzień posiada delikatną przewagę, ze względu na angielskie drużyny. Zarówno Chelsea a przede wszystkim Arsenal mogą pożegnać się z Ligą Mistrzów. Sytuacja podopiecznych Jose Mourinho w grupie nie jest zła, ale gra pozostawia wiele do życzenia i jeżeli nic się nie zmieni w tej materii to The Blues znajdą się za burtą.

O punkty Chelsea w czwartej kolejce powalczą na Stamford Bridge z Dynamem Kijów. W drugim meczu Maccabi Tel Aviv podejmować będzie FC Porto i tylko zwycięstwo może uratować mistrzom Izraela obecny sezon w europejskich pucharach.

Na ścięcie głowy wybierają się do Monachium piłkarze Arsenalu, którym tylko cud może pozwolić zająć jedno z dwóch pierwszych miejsc. Z kolei Olympiakos Pireus będzie chciał przed własną publicznością przybliżyć się do wiosennych występów w Lidze Mistrzów.

źródło: focus.de
FC Barcelona pewnie zmierza po pierwsze miejsce w grupie E. O drugie miejsce powalczą AS Roma oraz Bayer Leverkusen. Po emocjonującym meczu w poprzedniej kolejce, w którym padł remis 4:4, w rewanżu zapowiada się wielki mecz. Podopieczni Rudiego Garcii nie mogą pozwolić sobie na stratę punktów, ponieważ w takiej sytuacji bliżej awansu będzie niemiecka drużyna.

Z najnudniejszą sytuacją mamy do czynienia w grupie H, w której Zenit St. Petersburg i Valencia CF pewnie zmierzają po awans. Ostatnią szansę na dołączenie do walki mają Olympique Lyon oraz KAA Gent. Lyon podejmie Rosjan, a mistrz Belgii Valencię i tylko zwycięstwa gospodarzy spowodują ciekawą końcówkę w grupie.

Patrząc na kalendarz czwartej kolejki, śmiało można powiedzieć, że kibice nie będą się nudzić. Niestety najbliższe spotkania przekreślą niektórym szansę na piękną przygodę na wiosnę, a innym pozwolą w spokoju czekać na grudniowe losowanie par 1/8 finału. Prawdziwe emocje właśnie się rozpoczynają!

ŚRODOWY SPOKÓJ

Napisał Radek @ 22 października 2015

Przed trzecią kolejką Ligi Mistrzów sezonu 2015/2016 przedstawiciele wszystkich klubów z powagą przyglądali się sytuacji w poszczególnych grupach. Każdy zerkał na pozycję w tabeli i bez względu na ilość punktów za cel postawił sobie zdobycie kompletu oczek.

W środowy wieczór byliśmy świadkami bardzo zaciętych spotkań. Gra w fazie grupowej rozpoczęła się na poważnie, nie ma mowy o kalkulacji. Różne cele, im bliżej końca priorytety się zmieniają.

Drugiego dnia trzeciej kolejki zapowiadały się wielkie emocje oraz mnóstwo wielkiego futbolu. Jednak piłka nożna rządzi się swoimi prawami i również tym razem postanowiła zaskoczyć fanów.


Uznawany za hit kolejki, mecz grupy A, okazał się wielkim niewypałem. W Parku Książąt podopieczni Laurenta Blanca podejmowali Królewskich z Madrytu. Spektakl rozczarował wszystkich, ale trenerzy mogą być zadowoleni z bezbramkowego remisu, ponieważ przed rundą rewanżową obie ekipy mają po siedem punktów i pewnie zmierzają do fazy pucharowej. Rewanż w Madrycie wyłoni zwycięzcę tej grupy.


W drugim spotkaniu tej grupy niespodziewanie Malmo FF pokonało na własnym terenie Szachtara Donieck. Również w tej parze rewanż zapowiada się ciekawie, ponieważ strata punktów przez Ukraińców może kosztować ich brakiem występów na wiosnę w europejskich pucharach, a to w ostatnich latach rzadki obrazek.

W najbardziej wyrównanej grupie w obecnej edycji Ligi Mistrzów gołym okiem widać, że walka o awans będzie trwała do ostatniej kolejki. We wczorajszych spotkaniach CSKA Moskwa zremisowało 1:1 z Manchesterem United i w tabeli zajmuje trzecie miejsce z takim samym dorobkiem punktowym co Czerwone Diabły. W drugim spotkaniu VfL Wolfsburg pokonało mistrza Holandii PSV Eindhoven 2:0 i prowadzi w grupie B.

W grupie C na fotel lidera wskoczyło Atletico Madryt, które pokonało na Vicente Calderon 2:0 FC Astanę. Porażka Benfiki Lizbona z Galatasarayem Stambuł spowodowało, że mistrz Turcji pozostał w walce o awans do fazy pucharowej.

Uznawany, przez dziennikarzy za niespodziankę środowych spotkań, remis Juventusu Turyn na własnym terenie z Borussią Mönchengladbach, według mojej oceny nie jest zaskoczeniem. Stara Dama od początku sezonu męczy kibiców swoją grą, a jakość jaką posiada w środku pola co najwyżej można nazwać dobrą. Z kolei piłkarze Borussii występują w lepszej lidze i na co dzień rywalizują z przeciwnikami na tym samym poziomie. Dlatego remis nie jest niespodzianką a wynikiem pokazującym obecna sytuację w europejskiej piłce.

W szlagierze grupy D, na Etihad Stadium Grzegorz Krychowiak i jego koledzy przyjechali po punkty. Niestety celu nie osiągnęli, ponieważ Manchester City wygrał 2:1. Podopieczni Unaia Emery'ego byli bardzo blisko remisu, ale w doliczonym czasie drugiej połowy Kevin de Bruyne pokonał Sergio Rico i wprowadził w stan euforii całą niebieską część Manchesteru. Belg, który w ostatnim okienku transferowym zasilił za około 70 milionów euro barwy obywateli, zaczyna spłacać swoją cenę.


Środowy wieczór upłynął bez żadnych pokazów pirotechnicznych. Kibice nie doczekali się wielkiego widowiska w Paryżu - PSG i Real zafundowali tylko piłkarskie szachy. Z kolei w Manchesterze zobaczyliśmy mecz na wysokim poziomie oraz świetnie grającego Grzegorza Krychowiaka.

Najbardziej klarowną sytuację mamy w grupie A, z której Paryżanie i Królewscy awansują do 1/8 finału, a walka będzie toczyć się o pierwsze miejsce. W pozostałych grupach mecze rewanżowe zapowiadają się bardzo ciekawie, dlatego kibice mogą już zacierać ręce i czekać na kolejne spotkania.

DOMINUJĄCA SZAROŚĆ

Napisał Radek @ 20 października 2015

Opadły konfetti, wraz z nimi opadły emocje po awansie polskiej reprezentacji do przyszłorocznych Mistrzostw Europy. Oczywiście euforia wśród kibiców jeszcze pozostała. Na tym entuzjazmie każdy fan czekał na weekendowe starcia w rozgrywkach ligowych. Kibice czekali na kontynuację poziomu gry ze spotkań ze Szkocją oraz Irlandią w meczach Ekstraklasy.

Już na samym początku finansowy potentat z Gdańska podejmował przedostatnią w tabeli drużynę z Zabrza. Zacieraliśmy ręce czekając na ciekawe rozpoczęcie kolejki - w końcu trener Lechii miał dłuższy okres na treningi z drużyną. Nie wykorzystał tego okresu. Od pierwszej do ostatniej minuty wiało nudą z murawy. Szybko kibice zostali sprowadzeni na ziemię. Nasyceni futbolem z najwyższej półki, którym mieli przyjemność delektować się podczas spotkań polskiej reprezentacji, doznali szoku już od pierwszego meczu 12. kolejki.

Spotkanie na Pomorzu rozwiązało worek z gorzkimi pigułkami, które kibice musieli przełykać przez cały weekend. Żadne spotkanie nie obfitowało w wysoką jakość. Ligowcy nie potrafili przenieść poziomu spotkań kadry na ekstraklasowe boiska. Oczywiście były momenty, akcje czy bramki mogące zapaść w pamięć, ale to rodzynki, które dodały lekkiej słodkości do dużego dzbana goryczy.

Tradycyjnie swoich kibiców zawiódł Lech Poznań, który stracił punkty przy Bułgarskiej gdzie zremisował z chorzowskim Ruchem. Oprócz zmiany trenera, w Poznaniu nic więcej się nie zmieniło. Szkoda tylko fanów aktualnego mistrza Polski, którzy muszą być świadkami amatorki w poczynaniach władz poznańskiego klubu. Przed poznańską ekipą tydzień prawdy - w czwartek mecz z Fiorentiną na wyjeździe, w niedzielę szlagier Ekstraklasy na Łazienkowskiej 3 z Legią Warszawa.


Za największą niespodziankę można uznać porażkę Śląska Wrocław na własnym stadionie z Korona Kielce. Podopieczni Tadeusza Pawłowskiego nie byli w stanie przed własną publicznością zdominować przeciwnika, a całe spotkanie zasługuje na minusa kolejki. Zespół z Wrocławia w piątkowy meczu nie pokazał ani pomysłu na grę, ani odporności psychicznej.

Na przeciwległym biegunie plasuje się mecz w Łęcznej, w którym obie drużyny zaprezentowały niezły poziom, powodując leciutki uśmiech na twarzach kibiców. Niestety, takiego zdania nie podzielają fani Jagi, ponieważ klub z Białegostoku przegrał trzeci mecz z rzędu a czwarty w ostatnich pięciu spotkaniach w Ekstraklasie. Abstrahując od obecnej formy drużyn, spotkanie Górnika z Jagiellonią można uznać za najciekawszy pojedynek weekendu, choć i w Łęcznej momentami kibice mogli się nudzić.

Po trzech kolejnych zwycięstwach podopieczni Radoslava Latala w kolejnym meczu musieli zadowolić się jednym punktem. Piast Gliwice tracąc punkty w Bielsku Białej, dał nadzieję goniącemu go peletonowi na zmniejszenie straty. Jedyna jednak skorzystała z tego warszawska Legia, zarówno Pogoń Szczecin jak i Cracovia Kraków nie zdołali wykorzystać szansy.

Szczególnie okazji na doścignięcie lidera nie wykorzystali w Szczecinie. Tamtejsza Pogoń w kończącym kolejkę meczu, po bardzo słabym spotkaniu, na własnym stadionie bezbramkowo zremisowała z Zagłębiem Lubin.

Najbardziej niezadowolonymi kibicami po ostatniej kolejce okazali się fani Wisły Kraków. Podopieczni Kazimierza Moskala pomimo wielu klarownych sytuacji nie zdołali pokonać bramkarza TermalikiBruk-Bet Nieciecza. Sam Maciej Jankowski powinien co najmniej jedną bramkę strzelić, ale w tym dniu raził nieskutecznością. Tradycyjnie świetnie zaprezentował się Krzysztof Mączyński, który od powrotu pod Wawel jest prawdziwym liderem Białej Gwiazdy.

Oprócz reprezentanta Polski, na pochwały w ostatniej kolejce zasługuje dwójka piłkarzy Legii Warszawa. Tomasz Jodłowiec i Nemanja Nikolic w niedzielny wieczór stworzyli duet prosto z parkietów tanecznych. Takiej chemii dawno nie widzieliśmy na boiskach Ekstraklasy. Reprezentant Polski asystował przy wszystkich bramkach reprezentanta Węgier, co dało Legii zwycięstwo 3:1 z Cracovią Kraków. Wszyscy są świadomi, że długo będziemy czekać na powtórzenie takiego wyczynu, dlatego warszawski duet zasługuje w mojej ocenie na MVP zakończonej kolejki ligowej.

Kolejnym plusem kolejki można uznać postawę chorzowskiej młodzieży. Kamil Mazek, Maciej Urbańczyk, Patryk Lipski oraz Mariusz Stępiński z meczu na mecz coraz bardziej rozpychają się łokciami i nie pozwalją o sobie zapominać. Po spotkaniu na INEA Stadionie na uznanie zasługują przede wszystkim strzelec obu bramek dla Ruchu Mariusz Stępiński oraz asystujący przy golach napastnika Patryk Lipski.

Niestety nie aspekty sportowe były najciekawszymi wydarzeniami weekendu. Numerem jeden w zakończonej kolejce były debiuty nowych szkoleniowców na ławce trenerskiej mistrza i wicemistrza Polski.


Przygody z nowymi klubami szkoleniowcy rozpoczęli w różnych nastrojach. Na odmienne samopoczucie wpływają wyniki spotkań, ale sama jakość gry obu zespołów pozostawia wiele do życzenia i spędza sen z powiek zarówno Janowi Urbanowi jak i Stanisławowi Czerczesowowi. Przerwane spotkania w Poznaniu i w Warszawie, do czego przyczynili się odpalone przez kibiców race, to wspólna cecha debiutów obu trenerów.

Na euforii po spotkaniach kadry Nawałki kibice przystąpili do obejrzenia spotkań 12. kolejki Ekstraklasy. Klubowa rzeczywistość już w piątek sprowadziła fanów na ziemię i entuzjazm zamienił się w smutek. Zatroskanie spowodował poziom wszystkich weekendowych spotkań w polskiej lidze. Małe plusiki zostały przysypane ogromną ilością minusów. Najbardziej niepokoi postawa piłkarzy, którzy nawet mając w perspektywie występy na Euro nie potrafili wykrzesać dodatkowych sił i pokazać, że będą walczyć o miejsce w dwudziestotrzy-osobowej kadrze.

Zakończona kolejka to historia, teraz czekamy na następną, która zapowiada się bardzo ciekawie. Powodów jest kilka, przede wszystkim spotkanie Legii Warszawa z Lechem Poznań na Łazienkowskiej, powrót Jana Urbana do stolicy w roli trenera odwiecznego rywali oraz pojedynek Jagi z Białą Gwiazdą. Mamy świadomość, że to polska liga, ale jak zawsze z niecierpliwością kibice czekają i odliczają czas do następnych spotkań. Przecież to nasza ukochana Ekstraklasa.

NOUS ALLONS EN FRANCE!

Napisał Radek @ 12 października 2015

Kiedy otworzyłem oczy niedzielnego poranka, pierwsza myśl jaka mi się nasunęła był wieczorny mecz z Irlandią. Od razu pojawił się na mojej twarzy uśmiech spowodowany radością z awansu polskiej reprezentacji na przyszłoroczne Euro. Byłem świadomy, że do pełni szczęścia potrzebny jest korzystny wynik. Jednak coś mi mówiło, że awans zostanie wywalczony w pięknym stylu.

Minęły godziny, minuty a wraz z nimi dochodziły informacje odnośnie jedenastki jaka ma wybiegnąć na murawę stadionu Narodowego. Od podanej informacji nie mogłem uwierzyć w skład, wydawało mi się, że ktoś żartuje sobie z kibiców. W tym samym momencie zmniejszył się uśmiech na twarzy, a w głowie zaczęły się pojawiać najgorsze scenariusze. Moje obawy potwierdzały wydarzenia z przeszłości, w której nigdy defensywny skład nie pomógł polskiej reprezentacji w odniesieniu wyznaczonego celu.

Im bliżej spotkania, tym jedenastka schodziła na drugi plan, a najważniejsze było, że poprzednie mecze oraz jakość poszczególnych piłkarzy powodowała spokój wewnętrzny. Oczywiście emocje związane z meczem były, ale dzięki poprzednim spotkaniom były pozytywne.


Atmosfera na PGE Narodowym w Warszawie była fantastyczna, pomimo niskiej temperatury kibice od pierwszych minut wspierali Biało-Czerwonych. Od samego początku spotkania byliśmy świadkami dużych emocji. Już w 13. minucie po świetnym rozegraniu rzutu rożnego przez Kamila Grosickiego, Grzegorz Krychowiak strzałem zza pola karnego pokonał bramkarza reprezentacji Irlandii.


Radość z prowadzenia trwała jednak krótko, już w 16. minucie Irlandczycy doprowadzili do wyrównania. Bramkę zdobył Jonathan Walters, który wykorzystał rzut karny. Sędzia był zmuszony wskazać na jedenasty metr, gdyż za wysoko nogę podniósł Michał Pazdan i kopnął w twarz Shane'a Longa.

Moje obawy o zbyt defensywny skład zostały od samego początku spotkania rozwiane, ponieważ podopieczni Adama Nawałki grali jak w poprzednich spotkaniach. Wspólną cechą wszystkich spotkań eliminacyjnych było odpowiednio dobrane proporcje pomiędzy grą defensywną i ofensywną. We wczorajszym spotkaniu mogliśmy również to zauważyć.

Jeszcze w pierwszej połowie Polacy wyszli na prowadzenie. W 42. minucie po świetnej akcji w wykonaniu Biało-Czerwonych, kapitalnym uderzeniem głową z około dwunastego metra popisał się Robert Lewandowski. Fantastyczną asystę zaliczył Krzysztof Mączyński, a nie mniejszy udział przy golu miał Karol Linetty.


Druga połowa to popis odpowiedzialnej gry Biało-Czerwonych, którzy tylko raz dopuścili do groźnej sytuacji. Oczywiście emocje związane z wynikiem były do samego końca, ale wydarzenia boiskowe były kontrolowane przez podopiecznych Adama Nawałki.

Po ostatnim gwizdku zapanowała euforia wśród piłkarzy oraz całego sztabu szkoleniowego. Stadion Narodowy eksplodował. W końcu osiągnęli wyznaczony cel, awans do przyszłorocznych Mistrzostw Europy stał się faktem. Zabawy na murawie jak i na trybunach nie było końca.



Na pochwały zasługuje selekcjoner Adam Nawałka, który pomimo wystawienia defensywnego składu, czym wprowadził niepokój wśród kibiców, wcale nie chciał murować bramki, wręcz przeciwnie spowodował wspólnie z piłkarzami, że kibice reprezentacji po raz kolejny w tych eliminacjach po wyjściu ze stadionu byli zachwyceni zarówno emocjami jak i grą Biało-Czerwonych.


Super! Jedziemy do Francji! Awans w pełni zasłużony i do tego w stylu w jakim reprezentacja Polski nie prezentowała przez ostatnich ładnych parę lat. Oczywiście są mankamenty w grze oraz w innych aspektach, ale na poprawę przyjdzie czas, teraz pozwólmy się cieszyć piłkarzom i reszcie osób odpowiedzialnych za ten sukces.


Emocje już opadły, piłkarze rozjechali się do swoich klubów, a sztab szkoleniowy oraz PZPN zabrał się za ciężką pracę jaką są przygotowania do przyszłorocznego Euro we Francji. Kibice jeszcze żyją wczorajszymi emocjami i awansem, ale jednocześnie zastanawiają się nad przebiegiem wielkiej imprezy - czy ponownie zagramy mecz otwarcia, o wszystko i o honor. Ja jestem przekonany, że będzie inaczej, piłkarze już pokazali, że przed nikim nie pękają, a Mistrzostwa Europy będą idealnym momentem na zaprezentowanie wszystkiego co mają najlepsze. A umiejętności, które pokazują pozwalają myśleć o minimum pierwszej ósemce.Do zobaczenia w Paryżu!

DWIE TWARZE...

Napisał Radek @ 9 października 2015

Wspominając wczorajsze wydarzenia, jako pierwsza nasuwa się myśl, że ostatnie dotknięcie piłki w meczu pozwoliło polskiej reprezentacji wywieźć bardzo ważny punkt z Glasgow. Po radości związanej z remisem przychodzi złość związana z nonszalancką stratą dwóch punktów. Jednak po kolejnej krótkiej chwili wraca uśmiech na twarzy z powodu komfortowej sytuacji przed ostatnim meczem eliminacyjnym.

Wszak, niedzielne spotkanie z Irlandią będzie pojedynkiem podwyższonego ryzyka, ale luz psychiczny przed starciem w Warszawie jest najważniejszym aspektem. Po tak wyczerpującym czwartku, obciążenie psychiczne jeszcze bardziej przeszkadzałoby w odpowiednim podejściu oraz przygotowaniu do spotkania.

Dlatego tak ważny był ten magiczny dotyk kapitana reprezentacji Polski w 94. minucie. Oczywiście, kibice i piłkarze mogą być wściekli, że takim wynikiem zakończył się mecz. W dodatku biorąc pod uwagę styl w jakim polscy piłkarze rozpoczęli mecz i kontynuowali przez pierwsze 40. minut.

Wyprowadzenie szybkiego ataku zakończonego bramką Roberta Lewandowskiego w 3. minucie otarło się o perfekcję. Widać, że kadra Adama Nawałki opanowała grę kontratakiem. Bez poprawiania sobie piłki, bez holowania, tylko przyjęcie pozwalające w drugim dotknięciu na podanie, przegląd pola oraz zagranie ułatwiające przyjęcie koledze - klasa światowa, wklej kopiuj z finałów Ligi Mistrzów czy Mistrzostw Świata. Ale to nic! Kolejne minuty uświadomiły kibicom, że mamy do czynienia z produktem prawie gotowym. Drużyną, która potrzebuje tylko delikatnych poprawek, za którą w końcu nie musimy się wstydzić, wręcz przeciwnie - kibice reprezentacji Polski mogą być dumni i chwalić się postępami w grze Biało-Czerwonych.


Najbardziej rzucało się w oczy gra w ataku pozycyjnym - zero paniki, płynność i przenoszenie piłki z jednej strony na drugą bez większego wysiłku - klasa światowa, jakość najwyższa.

Wtedy przyszła 40. minuta i powróciły demony z przeszłości, które opanowały Hampden Park. Myślami będąc w szatni polscy piłkarze oddali piłkę Szkotom, pozwolili rozwinąć skrzydła i przez dłuższy czas rozgrywać piłki w pobliżu bramki Łukasza Fabiańskiego. Zawsze odkąd pamiętam, futbol przynosi takie zwroty akcji i wydarzenia, że najlepszy reżyser thrillerów nie wpadłby na taki scenariusz. Niestety Polacy wpadli i w 45. minucie po strzale życia Matta Ritchiego piłka ugrzęzła w polskiej bramce, a Glasgow eksplodowało. Remis i koniec pierwszej połowy. Gorszego momentu na stratę bramki nie można sobie życzyć.


Gol do szatni zrujnował cały wysiłek jaki został włożony w grę polskich piłkarzy w pierwszej połowie. Tak jak to ma miejsce w większości przypadkach, strata bramki przed przerwą podcięła skrzydła drużynie.

Na drugą połowę wyszedł inny zespół, przygaszony, nie mający radości z gry a co najważniejsze zniszczony psychicznie. Szybko Szkoci to wykorzystali, bo już w siedemnastej minucie drugiej połowy Steven Fletcher pokonał Łukasza Fabiańskiego.


Na Hampden Park zaczęło się szaleństwo. Kibice gospodarzy uwierzyli w możliwość awansu na Euro, z kolei w głowach fanów Biało-Czerwonych wkradł się strach i pojawiły się myśli, które nie towarzyszyły od początku eliminacji. Zerkając na wydarzenia w Dublinie, każdy pomyślał, że sytuacja robi się dramatyczna a awans zawisł na włosku. Każdy pomyślał, że mecz z Irlandią będzie meczem o wszystko, powtarza się sytuacja z przeszłości. Oliwy do ognia dolał selekcjoner Adam Nawałka, który robił zmiany w defensywie, a zmieniając ofensywnego piłkarza na defensywnego rozwścieczył cały polski naród (Jakuba Błaszczykowskiego zmienił Paweł Olkowski). Trzeźwo myśląca osoba wpuściłaby kolejnego napastnika, a w najgorszej sytuacji zamienił jednego ofensywnego na drugiego. To pokazuje, że selekcjoner cały czas uczy się swojej pracy, a presja w czwartkowy wieczór go przerosła.

Po okresie chaosu jaki panował na boisku, polscy piłkarze złapali drugi oddech. Widać było, że nie mogą pogodzić się z wydarzeniami na boisku. Oczywiście do stylu z pierwszej polowy nie potrafili wrócić, ale mocna psychika, którą budowali przez całe eliminacje zadecydowała, że w końcówce zdołali dosłownie wepchnąć piłkę do bramki.


Ostatnie dotknięcie piłki w meczu spowodowało, że Polacy wywożą bardzo ważny punkt z Glasgow. A komfort psychiczny przed niedzielnym meczem z Irlandią zapewnił nam niezawodny Robert Lewandowski.


Pomimo ogromnych trudności, polscy piłkarze zrobili kolejny krok do osiągnięcia wyznaczonego celu. Dzięki umiejętności uporu oraz silnej woli, reprezentacja Polski przed niedzielnym meczem jest w komfortowej sytuacji. Wszyscy mają świadomość, że wczorajszy mecz kosztował wiele wysiłku fizycznego zawodników, którego może zabraknąć na Narodowym. Jednak w takiej sytuacji na pewno pomoże psychika, która jak pokazały miedzy innymi wczorajsze wydarzenia stała się atutem kadry Nawałki. Mając takich piłkarzy jak Grzegorz Krychowiak, Kamil Glik, Łukasz Fabiański czy przede wszystkim Robert Lewandowski, kibicom trudno byłoby się pogodzić, że o awansie zadecydują baraże. Takie zdanie podzielają również piłkarze, którzy od początku niedzielnego starcia z Irlandią będą jedną nogą we Francji. Wystarczy postawić drugą.